Wstałem wcześniej, śniegu znowu dopadało, no i przyszedł mi do głowy durny pomysł: jedziemy na narty… A trzeba było pospać dłużej.
Obudziwszy żonę i dziatwę, zacząłem szykować sprzęt. Gdzie? Na Ślężę, bo najbliżej – nie miałem ochoty na dłuższe podróże, bo jazda w taką pogodę ani nie jest przyjemna ani bezpieczna. Cóż z tego, że sam uważasz człowieku, jak zawsze może trafić się jakaś oferma. Na Ślęży byłem kilka lat temu, stok nie powalającej długości, ale dziatwa słabo jeździ więc może być.
Wszyscy w strojach narciarskich, z kanapkami i ciepłą herbatką w bagażniku, ruszyliśmy na „podbój” stoku. Przejechawszy w żółwim tempie odległość niespełna 40 km, ujrzeliśmy… las i pole. Wyciąg gdzieś wcięło! Nie wierzyłem własnym oczom, stwierdziłem że chyba moja orientacja w terenie zawiodła. Podjechaliśmy do pobliskiego sklepu i pytamy jak dojechać do wyciągu. I co? I okazało się, że wyciągu nie ma, bo „Unia kazała jakieś drogie przeglądy robić czy coś i wyciąg rozebrali”. A niech to szlag!!! Tu tabliczki informacyjnej nie postawili, że inwestycja zakończona bez środków unijnych.
Żona nos na kwintę, dziatwa łzy w oczach. Cóż było robić. Włączyłem nawigację i w drogę do Rzeczki.
Na szczęście tam wyciągi normalnie działały więc miny Rodzinki się poprawiły. Najeździwszy się kilka godzin, zapakowaliśmy się do samochodu i jazda w drogę powrotną. I generalnie, mimo początkowej przykrej niespodzianki, dzień można by uznać na plus, gdyby nie to, że wszystko wpakowaliśmy do bagażnika, zapomniawszy o rezerwowym woreczku dla Młodej, która czasem miewa chorobę lokomocyjną…. Ech, posprzątałem. Ale niech się wietrzy