Wspaniała zima

W górach mamy wspaniałą zimę. Nie co roku taka się zdarza, z taką ilością śniegu i to w tylu pasmach górskich. Nawet na niezbyt dużych wysokościach. Byłby doskonały rok, żeby właściciele stoków i pensjonatów odbili sobie „ciepłe”, krótkie sezony. To nie, na stokach można się zarazić, trzeba je zamknąć.

Co prawda narciarze to najbardziej opatulona grupa w górach, ale kogo to obchodzi. Wkurzają mnie takie bezmyślne decyzje. Kompletnie bez uzasadnienia. Zamykanie, żeby zamknąć.

No nic, ulało mi się. Niestety na nartach nie pojeżdżę, ale za to wybieram się na dłuższy marsz po górach. Chociaż widokami oczy nacieszę. Trzymajcie się ciepło 🙂

Przyłączyć się czy nie

Przyłączyć się do ogólnorodzinnego bojkotu zimnej wiosny i spędzić z nimi weekend w domu, czy wyciągnąć schowane już zimowe ciuchy i wyskoczyć z kumplami na narty? – oto jest pytanie. Nie jakieś tam banalne: być albo nie być? Co prawda wyjazd narazi mnie na niezadowolenie małżonki, ale… Ale za to będzie miło na nartach. A po powrocie… cóż, zawsze można wziąć nadgodziny 😉 Kto wie kiedy następnym razem będzie tyle śniegu? Może się zdarzyć, że przyszła zima będzie ciepła i się nie pojeździ.

No to decyzja już chyba została podjęta. Dobrze jest czasem przelać myśli na „papier”.

Już

Już Nowy Rok. Znaczy od 9 dni, ale dopiero teraz udało mi się usiąść i coś napisać. Niestety ten rok będzie dla mnie przełomowy, bo zmieni mi się liczba z przodu na moim życiowym liczniku, a to jakoś boli, nie tylko kobiety, jak się okazuje. Zatem w tym roku nie pałam euforią na myśl o imprezie i spotkaniu ze znajomymi. Raczej wolałbym, żeby się to odwlekło i generalnie, żeby czas mi się dłużył. Problem polega na tym, że raczej nie zwolni, bo w pracy jest tyle roboty, że żyję od weekendu do weekendu i nic nie zapowiada zmiany tempa.

No dobrze, zatem postanowiłem sobie wykorzystać te wolne weekendy. Najbliższy spędzę na nartach, bo zima w naszym klimacie jest nieprzewidywalna i nie wiadomo jak długo poleży śnieg, a nie chce mi się latać do Włoch czy Grecji, żeby go zobaczyć 😉

Bawcie się dobrze w tym Nowym Roku.

Pierwsze z głowy

Pierwsze wydatki i związane z nimi zamieszanie z głowy – czyli mikołajki. Nie obyło się bez długiego łażenia po sklepach, z żoną – za prezentami dla dzieciaków, z dzieciakami – za prezentami dla kolegi i koleżanki, bo przecież trzeba zrobić mikołajki do szkoły. Żona na szczęście tym razem sama podpowiedziała co chce dostać zachwycając się bransoletką na wystawie, przed którą „zaparkowaliśmy” w celu zrobienia narady pt. „to co w końcu kupić” i „gdzie jeszcze chcecie jechać”. Udało się ją dyskretnie kupić i zaplusowałem 😉 Sam dostałem słodycze (znowu przybędzie na wadze) i karnet na siłownię (dla równowagi; założyłem, że to nie sugestia).

Nie zmienia to faktu, że przed nami kolejne wydatki i kolejne zamieszanie, związane ze sprzątaniem, gotowaniem, pieczeniem, dzwonieniem po rodzinie i konsultowaniem czego ma być więcej na rodzinnym spotkaniu, no i znowu z kupowaniem prezentów i jeszcze choinki. Doprawdy, gdyby ludzie potrafili się cieszyć drobiazgami, albo gdyby w ogóle zrezygnować z prezentów, a po prostu cieszyć się spotkaniami, wszystko byłoby przyjemniejsze. A tak już mi ciśnienie skacze na myśl o niekończącym się zamieszaniu. A, no i nie zapominajmy jeszcze o wydatkach sylwestrowych i o zasadzie, że w Nowy Rok powinno się wejść z pełnym portfelem…

Pogoda póki co ciepła i przyjemna, co ponoć ma się wkrótce zmienić. Może w tym roku święta okażą się śnieżne, co jako kierowcę za bardzo by mnie nie cieszyło, ale jako miłośnika jeżdżenia na nartach, jak najbardziej 🙂

W poszukiwaniu straconego hobby

Ostatnio „wpadłem” na myśl, że nie mam żadnego hobby. Człowiek pracuje, przychodzi do domu zmęczony, coś sobie poogląda, poczyta, albo dalej popracuje, od czasu do czasu odwiedzi rodzinę, zrobi zakupy, gdzieś wyjedzie, ale… No właśnie. Gdzie miejsce na hobby, jakąś pasję. Kiedyś był na to czas, mimo że obowiązków było nie mniej. W różnych okresach życia jeździło się więcej na rowerze, biegało się, kajakowano, grało na keyboardzie (ba, jeszcze leży u rodziców), na gitarze, a nawet zajmowało „malarstwem” (choć uznanym malarzem nie miałem szans zostać) czy wędkarstwo (sprzęt wędkarski również jeszcze się ostał). A ostatnimi czasy – nic. Jasne, że od czasu do czasu wyskoczy się na rower czy kajak, ale za rzadko to się zdarza, by można było to uznać za hobby. Malowanie i granie pominę milczeniem. Muszę jednak znaleźć sobie pasję, która uprzyjemniła by mi życie. Bardzo lubię narty, ale to niestety sport sezonowy (nie ma szans oderwać się od rzeczywistości i gnać za nim latem). Szydełkowanie i dzierganie na drutach odpadają. Muszę pomyśleć… Może wrócę do tenisa…

I zrób tu człowieku przyjemność rodzinie

Wstałem wcześniej, …

Wstałem wcześniej, śniegu znowu dopadało, no i przyszedł mi do głowy durny pomysł: jedziemy na narty… A trzeba było pospać dłużej.

Obudziwszy żonę i dziatwę, zacząłem szykować sprzęt. Gdzie? Na Ślężę, bo najbliżej – nie miałem ochoty na dłuższe podróże, bo jazda w taką pogodę ani nie jest przyjemna ani bezpieczna. Cóż z tego, że sam uważasz człowieku, jak zawsze może trafić się jakaś oferma. Na Ślęży byłem kilka lat temu, stok nie powalającej długości, ale dziatwa słabo jeździ więc może być.

Wszyscy w strojach narciarskich, z kanapkami i ciepłą herbatką w bagażniku, ruszyliśmy na „podbój” stoku. Przejechawszy w żółwim tempie odległość niespełna 40 km, ujrzeliśmy… las i pole. Wyciąg gdzieś wcięło! Nie wierzyłem własnym oczom, stwierdziłem że chyba moja orientacja w terenie zawiodła. Podjechaliśmy do pobliskiego sklepu i pytamy jak dojechać do wyciągu. I co? I okazało się, że wyciągu nie ma, bo „Unia kazała jakieś drogie przeglądy robić czy coś i wyciąg rozebrali”. A niech to szlag!!! Tu tabliczki informacyjnej nie postawili, że inwestycja zakończona bez środków unijnych.

Żona nos na kwintę, dziatwa łzy w oczach. Cóż było robić. Włączyłem nawigację i w drogę do Rzeczki.

Na szczęście tam wyciągi normalnie działały więc miny Rodzinki się poprawiły. Najeździwszy się kilka godzin, zapakowaliśmy się do samochodu i jazda w drogę powrotną. I generalnie, mimo początkowej przykrej niespodzianki, dzień można by uznać na plus, gdyby nie to, że wszystko wpakowaliśmy do bagażnika, zapomniawszy o rezerwowym woreczku dla Młodej, która czasem miewa chorobę lokomocyjną…. Ech, posprzątałem. Ale niech się wietrzy