W poszukiwaniu straconego hobby

Ostatnio „wpadłem” na myśl, że nie mam żadnego hobby. Człowiek pracuje, przychodzi do domu zmęczony, coś sobie poogląda, poczyta, albo dalej popracuje, od czasu do czasu odwiedzi rodzinę, zrobi zakupy, gdzieś wyjedzie, ale… No właśnie. Gdzie miejsce na hobby, jakąś pasję. Kiedyś był na to czas, mimo że obowiązków było nie mniej. W różnych okresach życia jeździło się więcej na rowerze, biegało się, kajakowano, grało na keyboardzie (ba, jeszcze leży u rodziców), na gitarze, a nawet zajmowało „malarstwem” (choć uznanym malarzem nie miałem szans zostać) czy wędkarstwo (sprzęt wędkarski również jeszcze się ostał). A ostatnimi czasy – nic. Jasne, że od czasu do czasu wyskoczy się na rower czy kajak, ale za rzadko to się zdarza, by można było to uznać za hobby. Malowanie i granie pominę milczeniem. Muszę jednak znaleźć sobie pasję, która uprzyjemniła by mi życie. Bardzo lubię narty, ale to niestety sport sezonowy (nie ma szans oderwać się od rzeczywistości i gnać za nim latem). Szydełkowanie i dzierganie na drutach odpadają. Muszę pomyśleć… Może wrócę do tenisa…