Wszystkich Świętych

Kiedy byłem mały, rodzice zawsze kupowali, albo wyciągali z szafy pod koniec października zimowe ciuchy, które „testowało się” we Wszystkich Świętych. Było to takie modowe rozpoczęcie sezonu zimowego. Teraz też – wystawy sklepowe pełne są zimowej odzieży i butów. Jednak od kilku lat – może z wyjątkiem zeszłego roku – Wszystkich Świętych jest bardzo ciepłe, więc rozpoczęcie odzieżowego sezonu zimowego jest przekładane na później, czasem dużo później. W tym roku również zanosi się na ciepłe święta. Mam tylko nadzieję, że będą suche, bo już niejedne buty zrujnowałem na cmentarzu w błocie. Zresztą ja jak ja, ale przy dzieciakach ile jest później czyszczenia. Jedyne pocieszenie, że teraz znicze mają wkłady i nie można się woskiem bawić, bo u mnie i rodzeństwa matka musiała jeszcze później kurtki i spodnie z wosku czyścić. Takie znicze też są bezpieczniejsze. Nie pękają i nie trzeba później pomnika czyścić. I co ważniejsze nie można się nimi skaleczyć. Pamiętam jak kiedyś jechałem z kumplem na pogotowie szwy zakładać, bo chciał przestawić znicza i mu w ręce pękł i nieźle pociął…

Tak czy inaczej, przed nami dwa długie weekendy…

Computer czy komputer

Ostatnio młody pisał wypracowanie czy jakieś inne wypociny z polskiego i zamiast komputer napisał computer. Nie wiem skąd mu się to wzięło, może wcześniej uczył się angielskiego, a może chciał być taki „do przodu”. Niestety na polonistce nie zrobiło to dobrego wrażenia. Wytknęła mu błąd. Niby nic, nie warto się przejmować, ale na dobrą sprawę można się zastanawiać, czy – biorąc pod uwagę to co się dzieje na rynku – należy to uznać za błąd. No bo tak: dorośli, dobrze wykształceni ludzie dając ogłoszenie o pracę często piszą o stanowiskach, których nazwy nie funkcjonują w języku polskim. Dziś nie poszukuje się już sprzedawcy czy kierownika, tylko seller’a czy managera. A to najłatwiejsze przykłady. Większość stanowisk trzeba poszukiwać w tłumaczu Google, bo nawet słowniki ich nie obejmują. Że o pisaniu całych ogłoszeń w innych językach nie wspomnę. Spróbujcie ogłoszenie o pracę po polsku zamieścić za granicą, to będziecie mieli chryję taką jak niedawno w Anglii. A u nas: wszystko dozwolone. Może więc ten computer to nie taki wielki błąd. Zresztą nawet w normalnej mowie i piśmie mamy sporo zapożyczeń. W równym stopniu używa się słowa developerzy co deweloperzy (przez w), na wielu mieszkaniach wiszą płachty/tablice z napisem: na sprzedaż for sale. Wiele produktów nie ma swojego polskiego odpowiednika, a i tak wiadomo o co chodzi; choćby taki biofinity. Kartofle też przeszły, mimo że „po naszemu” to ziemniaki. Przyjęło się: ksero (zamiast kopiarki), serwer (zamiast nie wiem czego), itd. Wiele ludzi komunikuje się ze sobą za pośrednictwem FB, a tam również nie wszystkie regulaminy są przetłumaczone i trzeba rozszyfrowywać angielski. Większość ras psów również nie ma swoich polskich odnośników. Pewnie można tak wymieniać bardzo długo… Więc błąd czy nie błąd?

Lato, lato i po lecie

Zleciało lato, minął już na szczęście pierwszy miesiąc szkoły, dzieciaki się przyzwyczaiły i uspokoiły. Można powiedzieć, że wreszcie wszystko wróciło do normalności, łącznie z pogodą, która też się uspokoiła po dwutygodniowych opadach. Wybraliśmy się ostatnio na spacer do lasu. Rzuciłem okiem przy okazji na grzyby. Niestety większość była spleśniała – zdecydowanie im też nie służyły opady. Ale udało się przypadkiem trafić na „kamień”, który okazał się być całkiem przyzwoitym prawdziwkiem. Oto on:

Sam nie wiem co gorsze

Tak się zastanawiam czy bardziej nie lubię okresów przedświątecznych: tego biegania, mówienia co jeszcze trzeba zrobić, czego się zapomniało, gdybania, obiecywania sobie jak to będzie w przyszłym roku, czy końca wakacji. Na pewno i wtedy i teraz mam ochotę zamknąć się w pracy. Dzieciaki z jednej strony marudzą, że nie chcą wracać, a z drugiej strony kupują wszystko na hura żeby sobie umilić powrót do szkoły. Skoro z zeszłego roku zostało im mnóstwo rzeczy to po co kupować nowe? Ba, żeby to się ograniczyło jeszcze do rzeczy szkolnych, ale do tego oczywiście muszą być nowe plecaki, buty (i szkolne i do szkoły) i ciuchy, mimo że nie zauważyłem, żeby aż tak urośli, że nagle trzeba zmieniać odzież. Po pytaniu o nową komórkę postanowiłem wrócić wcześniej do pracy. Oczywiście nowej nie będzie. Pokazałem im ich świadectwa z zeszłego roku, które według obietnic miały być lepsze i dyskusja została przeniesiona na „po zakończeniu roku szkolnego”…

Przysługa

Kolega pojechał w delegację, co postanowiła wykorzystać jego rodzina, kupując szczeniaka. Problem polegał na tym, że po szczeniaka trzeba było pojechać ponad 150 km, a kolega wziął samochód. Tymczasem moja dobroduszna żona, popijając winko z jego żoną, ustaliły, że ja pojadę z dzieciakami, tzn. z naszym i ich synem. Cóż było robić, żonie się nie odmawia (za co pewnie oberwę od kumpla). Problem jaki się pojawił, to brak „uprzęży” dla pieska, ale co tam, pojechaliśmy, umieściliśmy piesiaczka na podłodze przy tylnym siedzeniu i tyle. Sam zacząłem się nim zachwycać, co oczywiście wykorzystywał potomek, żeby mnie namówić na podobnego. I może bym się skusił, gdyby nie to, że nagle okazało się, że… piesek ma chorobę lokomocyjną. Dywaniki trzeba było wyrzucić i wyprać buty młodego, bo piesiaczek był akurat przytulony do jego nóg, kiedy go wzięło. Skończyło się na tym, że młody już nie chce piesiaczka (przynajmniej chwilowo), a ja muszę kupić nowe dywaniki samochodowe. Znalazłem fajne, zastanawiam się tylko czy nadal chcę welurowe. Przy tak pomysłowej i nieobliczalnej rodzince, może warto zakupić dywaniki gumowe. Co prawda wyglądają mniej atrakcyjnie, ale mogą okazać się bardziej praktyczne…

Pierwsza część urlopu za nami

Ech, jak zawsze wszystko co dobre szybko się kończy.

Korzystając z pięknej pogody wybraliśmy się na tydzień nad jezioro. Ilość urlopowiczów – znośna, więc udało się wypocząć. Popływaliśmy na pontonie, kajakach, rowerkach wodnych i o własnych siłach, pozbieraliśmy jagody w pięknym, czystym lesie, pospacerowaliśmy, pojeździliśmy na rowerach, pograliśmy w siatkówkę i babingtona, pogrilowaliśmy – czyli było tak jak na wakacjach być powinno 🙂

A że w perspektywie mamy jeszcze wyjazd sierpniowy, więc z zapałem można się teraz zabrać do pracy.

Małe żabki

Co prawda przez ostatni tydzień panowały wręcz niemiłosierne upały, ale nie były w stanie wysuszyć rozlewisk, które utworzyły się po wcześniejszych deszczach. Przynajmniej nie wszystkich. W naszej okolicy ziemia jest gliniasta, więc jej przepuszczalność jest niewielka. To powoduje, że w wielu miejscach na polach nadal stoją stawiki. Wczoraj wieczorem byliśmy na wycieczce rowerowej i w pewnym miejscu trafiliśmy na takie zatrzęsienie małych żabek, że trzeba było zejść z rowerów, żeby ich nie porozjeżdżać. A już przypuszczałem, że się stąd wyprowadziły, bo co prawda kilka lat temu było ich mnóstwo i wieczorami dawały o sobie głośno znak (ba, nawet jedną znalazłem rano w domu na podłodze!), ale od dłuższego czasu jakoś ucichły. I proszę, znowu wróciły 🙂

Kryzys zażegnany

… i dzieciaki już nie marudzą, że chcą basen. Przedstawiłem koncepcję kupna basenu i ograniczenia wyjazdów wakacyjnych i wybór był oczywisty. Na pocieszenie polałem ich podlewając trawnik i okazało się, że to lepsza zabawa niż siedzenie w małym basenie. Więc wczoraj odkurzyli zestawy śmigus-dyngusowe i biegali z kolegami i koleżankami chlapiąc się i piszcząc.

Uparte dzieciaki

Kto by pomyślał, że moje dzieciaki potrafią być tak uparte. Umówiły się i co kilka minut dostaję sms-a z prośbą o zakup basenu. Żeby już im się doładowanie skończyło! Jak tu wytłumaczyć uparciuchom (żeby w końcu dotarło), że wielkość naszego ogrodu nie pozwala na taką ekstrawagancję, bo brodzik ich oczywiście nie zadowala. Że nie wspomnę o tym, że odkładamy na wakacje i wszelkie inne zakupy uważam za zupełnie zbędne. Oby tylko nie marudziły matce, bo jeszcze ją przekonają i będę miał kolejnego uparciucha na głowie… Mogłoby się ochłodzić…

Buszując w internecie

Ostatnio dużo się mówi i czyta o tym, że gospodarka zwalnia, co ma zwłaszcza przełożenie na deweloperkę. Nie dziwię się, bo wyśrubowanie polityki kredytowej musiało odnieść taki skutek. Niestety w dzisiejszych czasach nie dostaje się lokali z zakładu pracy. Rozglądałem się ostatnio czy tak rzeczywiście jest i stwierdzić muszę, że w moim mieście nadal dużo się buduje. Być może kłopoty mają mali, niestabilni deweloperzy, albo ci o których powszechnie wiadomo, że budują źle. Moim zdaniem dobre firmy zawsze się wybronią i znajdą klientów. Dla przykładu w centrum powstaje piękna inwestycja pod nazwą Bulwar Drobnera. Można tam znaleźć zarówno apartamenty jak i lokale komercyjne. U tego samego dewelopera można znaleźć niejedno piękne mieszkanie w centrum Wrocławia. Oby wprowadzono przepisy, które pobudzą rynek.